Dyfeomorfizm
zwykły użytkownik
    
Liczba postów: 1 149
Dołączył: Oct 2020
|
RE: Lata 70. - top płyt
05. Herbie Hancock - Head Hunters
1973
![[Obrazek: p-yty70s-46-1.jpg]](https://i.ibb.co/sd0NWM2t/p-yty70s-46-1.jpg)
W latach 70. dominował eksperymentalny fusion jazz, a Herbie Hancock był jednym z jego proroków, co objawiło się przede wszystkim na niebywale intensywnym "Sextant". Tuż po tamtej płycie Hancock nagrał "Head Hunters" - album przemierzający zupełnie inne rejony muzyki. Wpływy Milesa Davisa i echa eksperymentalnych prac wciąż tu pobrzmiewają, ale główną rolę odgrywa funk. Słuchając takich utworów jak "Sly" czy "Chameleon" trudno nie zadać sobie pytania, czy Funkadelic, Sly Stone lub Prince kiedykolwiek stworzyli aż tak ekscytujące serie groove'ów. Na "Head Hunters" rewelacyjnie brzmi pianino, nieustannie czaruje saksofon, lecz najwspanialej i najbardziej spektakularnie wypada bas - raczej rzadka sytuacja w jazzowym uniwersum. Początkowo postrzegałem "Head Hunters" jako wizjonerski regres względem "Sextant". Szybko zrozumiałem jednak, że choć zwariowane dźwięki czasami się przydają, na dłużej zostają ze mną płyty, które eksperymenty i artystyczne prowokacje wykorzystują jak kolejny instrument, mający na celu uwypuklić potęgę brzmienia. ♫ "Sly" ♫
04. Joni Mitchell - Blue
1971
![[Obrazek: p-yty70s-47-1.jpg]](https://i.ibb.co/TMzWj6Qj/p-yty70s-47-1.jpg)
Poznałem "Blue" pewnej wyjątkowo trudnej dla mnie zimy. Mojej duszy daleko było wówczas do stanu pełnej równowagi. Joni Mitchell wprawdzie nie zdołała mnie magicznie uzdrowić, ale czułem, że jeśli ktokolwiek może to zrobić, to jest to ona. W kolejnych latach, a właściwie - w kolejnych zimach - "Blue" stało się nieodłącznym elementem mojego życia. Gdyby próbować rozebrać ten album na czynniki pierwsze, otrzymujemy liryczny folk z bliskimi perfekcji aranżacjami i anielskim, ślizgającym się z łatwością po dźwiękach wokalem. Są tu wpływy Appalachów, są odniesienia do przechodzącej egzystencjalny kryzys kontrkultury, są wreszcie jedne z najpiękniejszych piosenek lat 70. Choć jednak uwielbiam "A Case of You", "Californię" czy "River", wolę myśleć o "Blue" jako całości, której nie godzi się analizować mędrca szkiełkiem i okiem. Za probierz jej doskonałości i doniosłości wystarczy mi bowiem fakt, że gdy poznaję nowe płyty z obrębu folku albo szerzej - płyty z obrębu singer/songwriter - najwyższy akt uznania wobec nich stanowi konstatacja, że mają w sobie coś z Joni Mitchell. ♫ "A Case of You" ♫
03. The Stooges - Fun House
1970
![[Obrazek: p-yty70s-48-1.jpg]](https://i.ibb.co/dsTFDkf2/p-yty70s-48-1.jpg)
Gdy w trakcie pandemii zabrałem się po Bożemu za "Fun House", niemal od razu poczułem, że będzie jedną z moich ulubionych płyt. Co jednak u mnie rzadkie, wpływ na ocenę miały czynniki nie emocjonalne bądź kontekstualne, a chłodna ocena jakości. The Stooges brzmią tu bowiem jak gdyby zapomnieli o istnieniu masowego odbiorcy i z czystej potrzeby stworzyli bezkompromisowy, garażowy jazgot. Nie chodzi jednak tylko o to, że wyostrzyli brzmienie instrumentów, a wokal Iggy'ego Popa trąci elementami orgiastycznego proto-growlu. Fundamentalną cechą "Fun House" jest brak choćby chwili wytchnienia - najspokojniejszy jest otwierający album, szalony "Down on the Street", a po nim każdy kolejny utwór przyspiesza, staje się agresywniejszy, bardziej jazzowy i przeszywający. Kulminacją jest "1970" - jedna z moich ulubionych rockowych piosenek, z najintensywniejszą końcówką, jaką potrafię sobie wyobrazić. Na płycie nie brakuje również zadziwiających chwil, jak te, gdy The Stooges transponują na kanwę brudnego jazgotu muzykę Coltrane'a. Dużo można pisać o "Fun House", ale to jeden z tych krążków, który na każdego zadziała równie dosadnie i miażdżąco - pozostaje zatem wyłącznie kwestia, czy lubi się przytłaczające brzmienie i obcowanie z żywą namiastką piekła. Ja czasami lubię. ♫ "1970" ♫
02. David Bowie - The Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders From Mars
1972
![[Obrazek: p-yty70s-49-1.jpg]](https://i.ibb.co/xSPctdp5/p-yty70s-49-1.jpg)
Do Ziggy'ego Stardusta łatwo dorobić ideologię i skupić się na zaprezentowanej na płycie historii bohatera będącego Gwiazdorem dosłownie i w przenośni. Po latach wracania do tej płyty uznałem jednak, że jej koncepcja - jakkolwiek intrygująca i klimatyczna - interesuje mnie najmniej. David Bowie był wybitnym artystą, autorem doskonałych płyt, wizjonerem i żyjącym pełnią życia człowiekiem potrafiącym przelać swoje dobre i złe doświadczenia na muzykę. Choć na każdym jego albumie znaleźć można perełki, a niektóre z nich są arcydziełami ("Aladdin Sane"), nic nie może się równać serii bangerów, jaka następuje na Ziggym. Na jedenaście obecnych tu piosenek, każda jest całkowicie inna, ale doskonale pasująca do reszty. Co więcej, osiem z nich to utwory z szerokiego kręgu mojego topu wszech czasów - chyba żaden album nie może się z tym równać. "The Rise and Fall (...)" to muzyczny odpowiednik "Pulp Fiction". Oba są perfekcyjne warsztatowo, ale ich esencję stanowi celebracja sztuki jako takiej, rozkoszowanie się charyzmą i osobowością autora oraz poczucie zupełnej unikalności dzieła. ♫ "Moonage Daydream" ♫
01. Pink Floyd - Animals
1977
![[Obrazek: p-yty70s-50-1.jpg]](https://i.ibb.co/Ld68dGFk/p-yty70s-50-1.jpg)
W okresie licealnym codziennie pokonywałem zatłoczonym autobusem trasę wiodącą przez jedno z szarych, post-industrialnych miast Śląska Cieszyńskiego. Zapewne żaden inny etap życia nie jest tak wykańczający emocjonalnie, a zarazem fantastyczny i godzien opiewania aż do swych ostatnich dni, jak końcówka lat nastoletnich. Z tego też powodu owe autobusowe podróże, podczas których nieprzyzwoicie często słuchałem "Animals", postrzegam dziś jako coś niebywale wzniosłego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że skoro "Animals" stanowi swoistą ścieżkę dźwiękową dla tych chwil, zakorzenił się we mnie w sposób uniemożliwiający racjonalną analizę. Choć absolutnie nie potrzebuję przeprowadzać jego wiwisekcji, nie zaszkodzi wymienić kilku najwspanialszych elementów. Są nimi przede wszystkim monumentalne kompozycje pełne żarliwych politycznie tekstów zupełnie wolnych od naiwności charakteryzującej zwykle protest songi. Na "Animals" czuć gniew, ale też świadomość własnej siły. Po drugie, gęste tło tej płyty, zdominowane przez odgłosy zwierząt, tworzą niepodrabialny małomiasteczkowy klimat. Po trzecie, zdarzają się tu momenty instrumentalnego Absolutu - przede wszystkim w "Dogs". "Animals" kryje w sobie jazzowego ducha i, choć używa środków z zakresu hard rocka i psychodelii, nigdy nie przestaje być rozbudowanym muzycznym strumieniem świadomości. ♫ "Dogs" ♫
|
|