RE: Z gawry
Mam plan, by wrócić w tym wątku do w miarę regularnego pisania o wszystkim i o niczym, ale nie będę zapeszał...
Dziś najbardziej skrajnie, jak tylko można to sobie wyobrazić...
---
Wspominałem niedawno, że ostatnio mocno popracowałem nad jakością snu, co niestety negatywnie przełożyło się na jakość snów.
Czasami jednak zdarzają mi się jeszcze takie zupełnie odjechane w starym stylu.
Takie, które najpierw budzą śmiech, a potem lekkie przerażanie na myśl o tym jak to się dzieje, że mój mózg wyświetla nocą takie chore projekcje.
Śniło mi się, że wrzuciłem sobie do odtwarzacza ulubioną płytę pewnego australijskiego barda, a ta zacięła się po kilku sekundach na pierwszym utworze i za nic w świecie nie chciała grać dalej.
Nie pomnę już, czy po prostu wpadłem wtedy w dziką furię, czy też zgłosiłem gdzieś jakąś oficjalną reklamację.
Nieważne - fakty były takie, że następnego dnia znalazłem pod swoimi drzwiami dwie dość duże paczki.
{I teraz kontekst, bo jeśli ktoś nigdy nie pracował na poczcie albo nie zamawiał/ wysyłał tą drogą żywych stworzeń to tego nie zrozumie. Paczka, w której przesyłane są gołębie/ kury/ pszczoły/ cokolwiek innego żywego, co żywym ma pozostać do momentu doręczenia, musi mieć otwory na powietrze i w środku musi być pokarm na 48 godzin, bo tyle maksymalnie może trwać jej dostarczenie. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie pomyślał o "sanitariacie" - przeważnie zwierzęta ze stresu robią pod siebie od razu po zamknięciu pudła, co potem jest dość problematyczne dla doręczających}.
Otworzyłem więc pierwsze pudło, a w środku siedział... Miniaturowy Nick Cave, wielkości mniej więcej ogrodowego krasnala, wokół niego były porozrzucane kości po niedojedzonych golonkach i puste puszki po energetykach. Nie pamiętam, w jakim języku się porozumiewaliśmy, ale był bardzo żywy i wesoły, zupełnie nie jak Nick Cave. Na dzień dobry opowiedział mi świetny kawał o szwedzkiej marchewce, ale niestety go nie zapamiętałem.
W drugim pudle był również miniaturowy fortepian w kolorze chyba fioletowym.
Ustawiliśmy go na ławie, Nick Cave usiadł na pudełku po butach i zaczął grać to nieszczęsne "Into My Arms".
Do końca, w zapętleniu, naście razy, do porzygu.
Gdy poprosiłem, by zagrał wreszcie coś innego powiedział, że nie może, bo kazano mu grać tylko "Into My Arms", tak ma wpisane w umowie i nie może mi zagrać niczego innego. Na szczęście gdy poprosiłem, by już przestał, to nie protestował.
Generalnie przez chyba kilka dni żyło nam się całkiem fajnie. Nie tylko nie sprawiał większych kłopotów (spał na parapecie, idealnie się na nim mieścił), ale też był bardzo uczynny. Obierał ziemniaki, umył podłogę, cały czas żartował. Poczuliśmy super więź, mimo że podbierał mi papierosy (których w rzeczywistości już przecież nie palę).
Po jakimś czasie niestety przylecieli samochodem (tak, to był samochód który latał, choć nie miał skrzydeł ani śmigła) smutni panowie w mundurach, to była bardziej jakaś żandarmeria niż policja. Złapali go w taką sieć, jaką Paszczak w "Muminkach" łapał motyle i zapakowali do dużego, niebieskiego pudła, a mnie poinformowali o tym, że to bardzo groźny uciekinier z ściśle tajnego laboratorium, i bym dla własnego dobra nigdy nikomu nie mówił o tym, że u mnie był.
Został tylko fortepian...
---
Zmieniany nastrój, chyba najbardziej radykalnie, jak tylko się da. I to niestety nie jest najkoszmarniejszy z możliwych snów.
Jeśli ktoś żyje w małej miejscowości to w dzieciństwie marzy o tym, by któregoś dnia mówiła o niej cała Polska, by jej nazwa padła we wszystkich wiadomościach, gazetach (w tym przypadku nie padła wszędzie, w niektórych powiedziano tylko o małej miejscowości pod R. - chyba dziękuję).
Z czasem zaczyna się lepiej rozumieć świat i przestaje się o czymś takim marzyć.
Bo w przypadku małych miejscowości rozgłos może oznaczać tylko jedno - że wydarzyło się coś bardzo złego...
Zapraszam do swojego (od wczoraj) małego Twin Peaks...
Sprawa była pobieżnie lokalsom znana od piątku. Była bardzo dziwna, ale mimo wszystko - mieszcząca się jakoś w głowie. Wzbudzała poruszenie i trochę grozę, ale nie jakąś bardzo przeraźliwą.
Dużo policji i służb, na cmentarzu znaleziono ciało.
Ludzie umierają w różnych miejscach, coś takiego mogło się wydarzyć.
A jeśli wydarzyło się cokolwiek innego, ktoś to ciało w panice / z innych pobudek podrzucił na cmentarz i ktoś je tam potem znalazł, to też brzmi dziwnie, ale można założyć, że coś takiego też może się wydarzyć.
Prawda okazała się jednak tak makabryczna, że rozsadza łeb...
W połowie września zaginął mieszkaniec Katowic. Nie wchodząc w niepotrzebne szczegóły - sprawa jest związana z porachunkami śląskich środowisk kibolskich.
Skąd więc w tym wszystkim wzięła się moja miejscowość, leżąca od Katowic dobre 100km?
Rodzina jednego z hersztów bandy pochodzi stąd, ale on nigdy tu nie mieszkał, choć niestety jest tu znany (swoją drogą, kilka lat temu zasztyletował innego kibica i powinien teraz odsiadywać wyrok, złapali go w Norwegii - teraz czytam, że został zatrzymany w Czechach, więc musiał szybko wyjść na wolność).
To on na pewno wybrał to miejsce. Wiedząc, że cmentarz jest całkiem na uboczu (choć już nie tak całkiem - nowe osiedle już prawie podeszło pod bramę), że nie ma tutaj żadnego monitoringu.
Oszczędzając makabrycznych szczegółów - ciało zaginionego umieszczono w (prawdopodobnie) zupełnie przypadkowym grobie.
Na "moim" cmentarzu, w "mojej" alejce, około 50 metrów od grobu moich Dziadków.
Bez żadnego śladu.
Po drodze był przecież 1 listopada, tłumy te same co zawsze, nikt niczego nie zauważył.
Choć wszyscy sprzątali swoje groby, zapalili na nich znicze.
Nikt.
Niczego.
Sprawa być może nigdy by nie wypłynęła (albo dopiero wtedy, gdy w tym grobie odbyłby się następny pochówek), gdyby nie kolejne zatrzymania w sprawie i to, że ktoś musiał się wysypać i wskazać dokładne miejsce.
Właściwie codziennie późnym wieczorem wychodzę na dłuższy spacer/ krótki rower.
By zrobić drobne zakupy w Żabce/ Dino, ale pewnie bardziej po to, by na koniec ich zmiany zamienić kilka sympatycznych zdań z równie sympatycznymi dziewczynami z tych sklepów.
Od wczoraj dużo się zmieniło.
Ulice jeszcze bardziej puste niż zwykle, światła w większości domów wygaszone, mnóstwo policyjnych patroli (oficjalnych i tajnych).
A dziś do tego wszystkiego jeszcze doszła ta mgła...
|